W dniach 8-9 grudnia 2012 roku odbyły się warsztaty „Żonglerka jako fitness dla ciała i mózgu” prowadzone przez Basa Pawełczaka – żonglera i monocyklistę, artystę warszawskiej grupy cyrkowej Sweet Team, pomysłodawcę i twórcę portalu społeczności sztuk zręcznościowych kuglarstwo.pl oraz strony dla trenerów pedagogikacyrku.pl.

W pierwszym dniu warsztatów mieliśmy okazję wysłuchać krótkiego wykładu na temat wpływu żonglowania na rozwój mózgu. Dowiedzieliśmy się, że przeprowadzony eksperyment wykazał przyrost tkanki mózgowej u osób, które żonglowały od trzech miesięcy. To było moje pierwsze ważne odkrycie podczas tych warsztatów. Od pewnego czasu interesowałam się bowiem żonglowaniem, ale nie podejrzewałam, że przemawiają za nim tak silne argumenty.

Po wstępie przyszedł czas na ćwiczenia. Uczyliśmy się prawidłowego wyrzucania i łapania, poznaliśmy podstawowe rzuty piłeczką (zip, tyci-tyci i kros), a także dziewięć stref, w których można żonglować. Już wtedy okazało się, że żonglowanie to nie tylko kaskada z trzech czy pięciu piłek, i że jedną czy dwiema piłeczkami też można wykonać sporo interesujących trików. Wcześniej sądziłam, że nasz stopień zaawansowania określa liczba podrzucanych piłek, i zastanawiałam się, jaka jest górna granica, którą można osiągnąć. Zupełnie nie spodziewałam się, że aż tyle piękna może kryć się w prostym, ale przemyślanym i wytrenowanym układzie z jedną piłeczką.

Prowadzący powoli przechodził do trudniejszych ćwiczeń, a po kilku godzinach okazało się, że każdy uczestnik warsztatów jest w stanie wykonać kaskadę z trzech piłek. Nie ma zatem żadnej przesady w stwierdzeniu, że 99% ludzi jest w stanie nauczyć się żonglowania! Co więcej, możemy podrzucać piłeczki nie patrząc na nie, a nawet z zamkniętymi oczami, gdyż nasz mózg „zapamiętuje” ich ruch.

Trenowaliśmy również żonglerkę partnerską. Nauczyliśmy się podrzucać piłeczki w parach na kilka sposobów (wykonywaliśmy między innymi „bliźniaka”, „cyrkiel”, „węża” oraz „kopertę”). Zrozumiałam, że cierpliwe powtarzanie układów gwarantuje pełny sukces, a żonglerka partnerska to świetna zabawa, sprawiająca najwięcej frajdy wtedy, gdy nasze ruchy są płynne i rytmiczne.

Pod koniec warsztatów poznaliśmy różne rodzaje piłek, w tym kule do żonglerki kontaktowej. Staraliśmy się także opanować zasady tworzenia kodu, jakim można oznaczyć konkretny trik. W drugim dniu powtórzyliśmy wszystkie układy partnerskie, mieliśmy też okazję spróbować żonglerki maczugami.

Przez dwa dni – pod okiem doświadczonego fachowca i pasjonata oraz w przyjaznej atmosferze – odkrywaliśmy fascynującą magię żonglowania. I doszłam do wniosku, że chcę więcej! Skoro mój mózg może się rozwijać, a ja mam okazję ćwiczyć refleks, poczucie rytmu, koncentrację, koordynację wzrokowo-ruchową, to czemu nie? Zwłaszcza że żonglowanie odpręża, a stopniowe opanowywanie coraz trudniejszych trików przynosi wiele satysfakcji. Można nie znać ich zresztą wiele, a mimo to przygotować – zręcznie stwarzając iluzję – cały spektakl. Doszłam do wniosku, że żonglowanie jest wciąż mało popularne, a szkoda, gdyż stanowi znakomitą formę spędzania wolnego czasu. Na koniec wielkie podziękowania należą się Weronice i Mai – pomysłodawczyniom warsztatów – za stworzenie atmosfery pełnej ciepła i wzajemnej życzliwości oraz Basowi, który w profesjonalny sposób odkrywał przed nami tajniki żonglowania i cierpliwie tłumaczył z początku skomplikowane triki. Brawa za to, że w stosunkowo krótkim czasie potrafił nas tak zarazić swoją pasją!

(Relację przygotowała uczestniczka warsztatów, Kinga Hojka.)

Więcej zdjęć na flickrze Dilettante.